CHŁOPIEC WYZDROWIAŁ

    ojciec i syn

    To wydarzyło się ubiegłego lata w czerwcu. Mieszkam na wsi, i jak to latem, najwięcej pracy jest przy sianie. Zatem rozrzucałem traktorem siano, a za mną biegał syn kuzynki. Nie zauważyłem, że wpadł pod przetrząsarkę do siana.

    Kiedy zobaczyłem, że dziecka nie ma, bardzo się przestraszyłem, bo pomyślałem, że je rozjechałem. Przerażony, zsiadłem z ciągnika i dopiero wtedy zobaczyłem, że dziecko jest pod przetrząsarką. Pierwsza moja myśl była taka, iż chłopiec nie żyje, ponieważ leżał na pokosie siana. Natychmiast wziąłem go na ręce i pobiegłem w kierunku domu, gdzie była jego matka, która o mało nie zemdlała, kiedy zobaczyła, jak na rękach niosę jej krwawiące dziecko. Natychmiast wsiadłem do samochodu i zawiozłem je do lekarzy. Tego samego nieszczęsnego dnia umieszczono chłopca w szpitalu, a kiedy tam zadzwoniłem następnego dnia, był na oddziale reanimacyjnym.

    Tego dnia nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Tylko się modliłem i prosiłem bł. Jerzego o pomoc, aby dziecko wyzdrowiało, inaczej groziłby mi sąd, choć w czasie zdarzenia byłem trzeźwy. Tak bardzo gorąco się modliłem, że moje modlitwy nie poszły chyba na marne.

    Gdy po dwóch dniach pojechałem odwiedzić dziecko w szpitalu, już z oddziału reanimacyjnego zostało przeniesione do normalnej sali. Po dwóch kolejnych dobach chłopiec całkowicie wyzdrowiał, co spowodowało ogromne zdziwienie lekarzy w Szawlach - nazywali to cudem. Miał wstrząśnienie mózgu, a w jednym płucu pojawiła mu się nawet krew.

    W ciągu czterech dni wszystko przedziwnie zniknęło. Kiedy pojechałem odebrać dziecko ze szpitala, lekarz sam nie mógł zrozumieć, jak chłopczyk mógł w takim krótkim czasie zupełnie wyzdrowieć i wyglądać jakby nic nigdy mu się nie stało. Według opowiadań lekarzy leczenie miało trwać znacznie dłużej.

    Oto moje nieszczęście, o którym chciałem opowiedzieć, i w którym pomógł mi bł. Jerzy Matulewicz i Bóg.

    Virgilijus Kulpys, wieś Balandiszki k. Radwiliszek

© BJM